Znów o nim! Marcin Ćwirzeń z Trzcianki zmierzył się z jednym z najtrudniejszych wyzwań selekcyjnych wzorowanych na szkoleniu kandydatów do służb specjalnych.
Marcina nie muszę zbytnio przedstawiać. Na co dzień szef trzcianeckiej grupy Wolf Team, wiele razy gościł na łamach Tygodnika Nowego. Trzcianecki Wilk zawsze bywa szczery do bólu. Pamiętam jak blisko 10 lat temu, zauroczył nie tylko mnie, kiedy ukończył morderczy bieg na Shaharze. Teraz znów zaskakuje.
Przez pięć dni walczył z bólem, zimnem, głodem, brakiem snu i własnymi ograniczeniami. Do ukończenia zabrakło… jednej źle podanej cyfry. – Wiedziałem, że będzie ciężko, ale nie miałem pojęcia, że człowiek może zostać doprowadzony do takich granic wytrzymałości.
– To nie były zawody sportowe. To było prawdziwe piekło – mówi Marcin Ćwirzeń.
Do selekcji zakwalifikowało się zaledwie 34 uczestników wyłonionych spośród około 150 kandydatów. Każde zadanie miało jeden cel – wyeliminować kolejne osoby. Nie było miejsca na przypadek. Nie było miejsca na słabość. Nie było pewności, czy za chwilę nie usłyszysz słów: „Oddaj opaskę.” Przez pięć dni uczestnicy funkcjonowali praktycznie bez snu. Kilka razy w ciągu nocy budziły ich wybuchy petard i natychmiast rozpoczynały się kolejne zadania.
Spali w śpiworach dokładnie tam, gdzie zostali pozostawieni – najczęściej w środku lasu, bez żadnego komfortu. Jedzenie również było elementem selekcji. Przez pierwsze dwa dni racją żywnościową był paprykarz i suchary. Później organizm odmawiał już współpracy. – Po dwóch dniach jadłem już tylko suche suchary. W ciągu pięciu dni schudłem trzy kilogramy, ale wtedy nikt nie myślał o jedzeniu. Liczyło się tylko kolejne zadanie i przetrwanie. To nie był zwykły test sprawności. To był nieustanny egzamin z odporności psychicznej. Uczestnicy pokonywali ciemne labirynty, czołgali się przez kanały w całkowitej ciemności, przeprawiali się przez rzeki, wykonywali zadania w wodzie, nurkowali oraz przechodzili ekstremalne testy wydolnościowe. Jednym z najcięższych doświadczeń było 2,5 godziny spędzone w lodowatej wodzie. Wielokrotne wchodzenie do pontonu, nurkowanie i wykonywanie kolejnych poleceń sprawiały, że organizm był bliski wychłodzenia. – Nigdy wcześniej tak nie zmarzłem. To był moment, w którym ciało mówiło „dość”, ale głowa nie mogła się poddać. Podczas jednego z nocnych zadań, z zawiązanymi oczami, uczestnicy otrzymali rozkaz skoku z rampy do nieznanej wody. Najpierw skok. Potem nurkowanie na dno i wydobycie mułu. Następnie dopłynięcie do brzegu i obowiązek trzymania rąk wysoko nad głową przez kilkadziesiąt sekund, zanim pozwolono zdjąć opaskę z oczu.
To tylko niektóre momenty, kiedywydawało się, że to koniec, że dalej nie dasz rady.
– Musiałeś myśleć wtedy, gdy organizm przestawał już funkcjonować normalnie. O wszystkim zdecydowało ostatnie wymagające zadanie. Bieg. Przeprawa przez rzekę. Nurkowanie. Przejście po linie. Petardy. Zasieki. Czołganie.
Zapamiętywanie sylwetek czołgów. Układanie kapsli w piramidę. I jednoczesne recytowanie z pamięci kodu. Po pięciu dniach bez snu i w skrajnym wyczerpaniu Marcin popełnił jeden jedyny błąd. Pomylił jedną cyfrę. – Usłyszałem tylko: „Numer 2… błąd. Oddaj opaskę.” Odpadł jako siódmy uczestnik. Kilka minut później pozostali usłyszeli:
„SELEKCJA została ZAKOŃCZONA.” Dziś Marcin nie mówi o porażce. – Poznałem swoje granice i przekroczyłem każdą z nich. To doświadczenie nauczyło mnie więcej niż tysiące godzin treningów. Wróciłem silniejszy psychicznie niż kiedykolwiek. Dzisiaj nie boję się ciemności, zimna, bólu ani niepewności. Wiem, że człowiek jest zdolny do znacznie większego wysiłku, niż sam sobie wyobraża – mówi z przekąsem.
Marcin podkreśla też, że to dopiero początek opowieści. – Każdy z pięciu dni był osobną historią. Każdy dzień mógłby być książką. Jedno wiem na pewno – SELEKCJA go nie złamała.
