Mariusz Markowski w Paryżu

Francja słynie przede wszystkim z bezpruderyjnych kobiet, znakomitej kuchni i najlepszych win. 12 lipca 1998 roku doszedł jeszcze jeden element, w którym rodacy Napoleona byli najlepsi na świecie w grze zwanej futbolem… 

Tak! Miałem nieprzeciętną satysfakcję być na finale piłkarskich Mistrzostw Świata: Francja – Brazylia! Już dawno zrozumiałem, każde wyzwanie odgrywa niebagatelną rolę w naszym rozwoju osobistym.

Teraz nawet już nie zastanawiam się czy wówczas to była moja

Wyprawa – wyzwanie po 

sens życia…

Z przeprowadzonych sondaży wynikało, że rekord oglądalności Mistrzostw Świata w piłce nożnej zostanie pobity na francuskich boiskach i jest to tylko kwestii czasu. Ba, jeszcze przed spotkaniami o trzecie i pierwsze miejsce, 62 mecze MS Francja 98 obejrzało 37 miliardów telewidzów na całym świecie, a więc już w tym momencie o ponad 5 miliard6w więcej niż Mundial ’94 w USA. 

Dla konesera piłki nożnej to prawdziwa uczta. Z drugiej jednak strony, warto się zastanowić, kto tak naprawdę jest w stanie przetrawić przed telewizorem wszystkie mundialowe pojedynki.

Co innego jednak, gdy mecze można oglądać na żywo. To zupełnie cos nieporównywalnego. Będąc bezpośrednio w samym epicentrum atmosfery panującej podczas meczu, człowiek każdy mecz odbiera zupełnie inaczej. 

Przerabiałem m.in. dwukrotnie Wembley, czy nawet młodzieżowy turniej Milk CUP w Irlandii, więc wiem dokładnie, co to znaczy, dlatego, gdy na zebraniu redakcyjnym przyjaciele Paweł i Mariusz nieco drwiącym tonem zagadnęli w stylu: a ty Mario nie jesteś na MŚ we Francji? Trochę się uniosłem honorem, mówiąc  przecież będę na finale…

Trochę zmieszany, nie zdając sobie z powagi zapowiedzi,  wiedziałem, iż jak powiedziało się A, trzeba powiedzieć B,

Na to stwierdzenie odparł nasz szef. No to wypatrujemy Ciebie w telewizji. Powodzenia dodał Pan Zbigniew.  Honorowo nie miałem już innego wyjścia 

Pomysł padł, wystarczyło ,.tylko” go zrealizować. 

Przyznam, że zaskoczenie było wielkie, z drugiej strony jednak podziałało to na mnie jak czerwona płachta na byka. Czasu było niewiele i nie od razu wiedziałem, że mój plan ma szansę powodzenia.

Nie byłym sobą, bo lubiłem ryzyko. Rzuciłem zatem rękawicę wyzwaniu, przede wszystkim dla prestiżu ówczesnego Radia ,,l00″ i Tygodnika Nowego.

Polonezem na podbój Paryża

Ale udało się. Znalazłem sprzymierzeńców oraz podobnie jak ja zakochanego
w futbolu Włodka Masiukiewicza, szefa firmy Biurotechnik, którego czerwono­ białym polonezem trackiem wyruszyliśmy na podbój Paryża. Totalne szaleństwo!

Droga wydawała się być prosta: Niemcy, kawałek Belgii i witać nas już miała wieża Eiffla. 

Wszystko układa się po naszej myśli. Przesiadam się za kierownicę tuż przed niemieckim zagłębiem Ruhry. Gdy wjeżdżam na przepięknie oświetloną belgijską autostradę, moi koledzy śpią już jak nowo narodzone dzieci. Obok Włodka jechał jeszcze kolega spec z Radia 100 Robert oraz mój Anioł – zona, która odważyła się wybrać na tą bądź co bądź ryzykowną eskapadę.

Tutaj zatankujemy – mówił jeszcze bardzo zaspanym głosem Włodek, gdy dojeżdżaliśmy do stacji BP, kilkanaście kilometrów po francuskiej stronie. Poranna kawa działa na nas niezwykle orzeźwiająco. Nikt z nas wówczas nie przypuszczał, że nasza sielanka wkrótce przeistoczy się w koszmar: 

La boite de vitesse, czyli skrzynia biegów

Mijamy drogowskaz – Paryż – 41 km. Płacimy za autostradę i … odjeżdżamy do tyłu. 

Co jest, u diabła – mówi rozluźnionym głosem Włodek, szarpiąc drążek zmiany biegów. Robi się korek. Nie mamy innego wyjścia. Kasia siada za kółkiem. Wciska sprzęgło. Spychamy poloneza na oddalony o dobre 600 metrów parking. 

Pomoc drogowa zjawia się szybko, ba, nawet bardzo szybko, skoro nawet Robert nie może dokończyć pierwszej korespondencji dla Radia ,,100″.

Na lawecie lądujemy pod serwisem Renault w miejscowości Senlis. Na dzień dobry kasują od nas 400 franków. To jeszcze nic w porównaniu z tym, co nas jeszcze czeka. Jest godz. 8.15, informuje jedna z francuskich rozgłośni radiowych, którą przed chwilą na swym radioodtwarzaczu namierzył Robert. 

Próbujemy tłumaczyć, że zablokowała się nam skrzynia biegów.

Włączony jest wsteczny i nijak nie daje się tego odblokować. Aaaa, la vitesse kapują po pewnym czasie serwisanci Renault, którzy robiąc dobrą minę i z godną uwagi elokwencją zdają się mówić, że czegoś takiego, jak to wschodnie autko u nich nie da się naprawić. O zgrozo, przecież to tylko skrzynia biegów – nie rozumie podejścia Francuzów Włodek. 

Za chwilę na tej samej lawecie wiozą nas do innego mechanika, który ponoć wybawić ma nas z kłopotu. Owszem – brzmią słowa owego mechanika. Coś tam pękło. Jest to oczywiście do naprawienia. Zamówię części i pod koniec przyszłego tygodnia samochód będzie już sprawny. W tym momencie opadają mi ręce. Nie wierzę, że coś takiego mogło nas spotkać. Jesteśmy w tym momencie bezsilni. Adrenalina już dawno przekroczyła bezpieczny poziom. Decyzja należy do nas. Odstawiamy poloneza z powrotem pod serwis Renault. Telefon do Polski. Jest pomysł, by wysłać po nas Iveco z lawetą, ale najprędzej w poniedziałek. Lepsze to niż poprzednia propozycja naprawy.

Robert idzie szukać natchnienia w kontekście kolejnej korespondencji do radia. Wraca. Mówi coś o melonach. Nie dociera to do nas. 

Jesteśmy po rozmowie telefonicznej z Moniką, siostrzenicą Włodka, studiującą od roku w Paryżu. Jest 12.30 gdy przyjeżdża do Senlis. Monika perfekt włada francuskim. Jej przyjazd napawa nas optymizmem. Rozpoczynamy kolejne debaty z serwisantami Renault. Nic z tych rzeczy. Teraz dopiero dociera do nas, że oni po prostu boją się coś takiego jak Polonez  ruszać. Owszem, są bardzo mili i twierdzą, że bardzo chętnie by się naszym problem zajęli, ale niestety nie mogą.

Tuż przed 14.00  Włodek podejmuje wręcz desperacką decyzję. Naprawiamy sami. Myślę, że chyba zwariował. Przy samochodzie wiem, gdzie jest wlew paliwa i jeszcze kilka innych rzeczy, ale demontaż skrzyni biegów to przecież dla mnie czarna magia. Nie martw się – pociesza mnie Włodek – załatw tylko wjazd na kanał.

Jak to wszystko zakończyło, można powiedzieć w eskapadzie życia? 

Piłki Amiki i puszki Dojlidy

Idę na całość. Piłki z autografami Amiki Wronki i kilkanaście puszek piwa Dojlidy załatwia sprawę. Szef serwisu jest zadowolony. Jego aprobatę zauważają serwisanci. Widać po błysku w ich oczach. Znajduje się komplet kluczy i kanał. Co jednak dalej? Telefon do Polski. Prosimy ze Zbigniewem, który na dzień opiekuje się polonezem Biurotechnika. Telefoniczna instrukcja odnośnie montażu skrzyni graniczy z cudem. A jednak udaje się. Sam do dzisiaj nie mogę uwierzyć, że tego dokonaliśmy. Myślę jednak, że było to lepiej jak późniejsze mistrzostwo świata Francji. 

Czekoladowy książę

Montaż nastąpił rano w sobotę. W piątek natomiast trzeba było dojechać jeszcze do Paryża.

Z opresji wybawił nas nie byle kto – Szeja, czarnoskóry kolega Moniki ze studiów. Dobry kolega. Niewiarygodnie ale Szeja to ponoć syn prezydenta Wybrzeża Kości Słoniowej. Nie wierzyłem do czasu, gdy pod serwis Renault podjechały dwa luksusowe mercedesy obite wewnątrz skórami, na wewnątrz zaś o srebrno-metalicznym połysku. Siadając w gablocie poczułem się jak Eddie Murphy w filmie „Książę w Nowym Jorku”.

W XIII dzielnicy Paryża byliśmy za niecałe 45 minut. Bez żadnych zahamowani Szeja za obie taksówki wykartkował 2000 franków, a więc tyle, ile mieliśmy na całą podróż. 

Ach ci Francuzi….

Dla kogoś, kto pierwszy raz tknął się z Francuzami, naród Galów może nieco szokować. Może? Raczej musi! Przede wszystkim zapomnijcie, drodzy przybysze
o jakichkolwiek językach obcych poza francuskim. Pod tym względem Francja jeszcze długo
nie znajdzie się w zjednoczonej Europie. Angielski
i niemiecki to dla nich czysta abstrakcja, o dziwo, nawet dla ludzi wykształconych. Przypomina to nieco nasze polskie doświadczenia z językiem rosyjskim: angielski był zawsze obowiązkowy we francuskich szkołach i oto efekty. 

Przeglądamy gazety i śledzimy nastrojów Francuzów. Już od samego momentu przybycia widać jak Francuzi powoli wpadają w spiralę histerii. Gdy na rynku w Senlis chcemy kupić melona, kosztującego normalnie 25 franków, sprzedawca zadaje pytanie: Qui sera le champion? (kto będzie mistrzem?). Gdy usłyszał „L’equipe francais”, sprzedaje mi tego samego melona za piętnaście franków. To właśnie była cena wiary w ekipę francuską. 

Motyw meczu przewijał się we wszystkich rozmowach, ba, wydawało się nawet, że rozmowa o jakichkolwiek innych rzeczach po prostu nie ma sensu. 

Pierwsza noc w Paryżu

Trzeba by powiesić flagę na balkon – powiedział Kamil, brat Moniki, u którego nocowaliśmy. Mieliśmy na myśli „trójkolorową”. Tymczasem Kamil wyciągnął zieloną flagę z napisem ‘Ordem et progresso”… Ryzykujesz szyby mówimy, gdy szarpał się z taśmą klejącą na balkonie. 

To było duże ryzyko, zważywszy na szowinistyczne podejście Francuzów do meczu. Tymczasem… nawet nie można było zmrużyć oka. Obawy były płonne. Okazało się jednak, że Francuzi są ponad to. Potrafią doceniać, że ktoś może kibicować innej drużynie,  

Wieża Eiffla – środek Europy

Nie pojechaliśmy kosztować uroków Paryża, naszą wizytę w całości przeznaczyliśmy na piłkę. Jednak być w Paryżu i nie widzieć wieży Eiffla to tak, jak pominąć bazylikę papieską w Rzymie. A jeszcze na początku wieku było zupełnie inaczej. Wieża, zbudowana dla uczczenia Światowej Wystawy Gospodarczej, była wyjątkowo niechętnie przyjęta przez paryżan, którzy domagali się….zburzenia jej ! Następne pokolenia mogą cieszyć się, że do tego nie doszło. Ten trzystumetrowy kolos o smukłej jak na swój dziewiętnastowieczny rodowód, sylwetce ma jakąś magiczną siłę skupiania wokół siebie turystów, spacerowiczów, a także wszelkiej maści szaleńców chcących się wspinać na wierzchołek lub wręcz żegnać z życiem. Nie zdziwił nas więc posterunek żandarmerii (francuska policja interwencyjna) bezpośrednio przy przęśle wieży. Na szczęście są to odosobnione przypadki, a jedyna niedogodność, na jaką można się natknąć pod wieżą, to długa kolejka do kasy sprzedającej bilety na wjazd – za jedyne 40 franków. 

Bez przesady można powiedzieć , że właśnie wokół wieży Eiffla zbiera się pół świata, a jeśli dzieje się to w mistrzostwa….Właśnie tam spotkaliśmy najwięcej Polaków najczęściej na wycieczkach turystycznych, tam również wydaliśmy najwięcej pieniędzy na pamiątki – niesamowicie drogie i do tego mało gustowne. Miłośnicy wieży Eiffla mogą kupić jej miniaturę w dowolnej wielości, płacąc za nią już od pięciu franków w górę, posiadacze grubszych portfeli najczęściej kupowali strasznie drogie imitacje koszulek Zidane ‘a i Ronaldo. My też nie mogliśmy się powstrzymać, co kosztowało nas okrągłą sumę. 

Od Trocadero pod Parc de Princes

Moim marzeniem było zobaczyć Parc de Princes. Ciekaw byłem także wielkiego nowego obiektu Stade de France w podparyskiej Saint-Denis, opodal bazyliki Saint-Denis,
w której chowano królów Francji. Na Parc de Princes dojechałem nazajutrz po meczu Holandia z Chorwacją , który to wspólnie oglądaliśmy na Trocadero, jednym z placów, gdzie ustawiono olbrzymi Tele-Bim. 

Na Trocadero największym zainteresowaniem cieszyło się małe miasteczko Adidasa, gdzie można było kupić – szkoda tylko, że po drakońskich wręcz cenach – praktycznie każdy rodzaj sprzętu sportowego tej firmy. Na placu dominowało dwóch Kanadyjczyków, umiejętnościami przypominających rodzimego Janusza Chomontka. Gapiów było wielu. Ej Ty, daj piłkę Mariowi – wołał Włodek  do jednego z Kanadyjczyków, biorąc go w pierwszej chwili za Anglika.

 Po pewnym czasie futbolówka dotarła do mnie. Kilka podbić lewą i prawą nogą, foczka, stoping. Polonia, Polonia rozlega się na cześć mojego popisu. Zdziwienie było ogólne, największe zaś wśród naszej ekipy, która zgodnie uznała, że wiele nie ustępuję niesamowitym wręcz Kanadyjczykom. 

XIII dzielnica – d’Ivry

Godzina zero zbliżała się wielkimi krokami. Od samego rana samochody w całym Paryżu jeździły z włączonymi klaksonami, a na ich dachach siedzieli ludzie trzymający francuską flagę. Zważywszy na dochodzącą do osiemdziesiątki prędkość aut był to widok tyle ciekawy, co mrożący krew w żyłach. Nie inaczej było w metrze. 

Mieszkaliśmy w dzielnicy XIII – d’Ivry (w Paryżu dzielnice miasta są numerowane), w której aż roiło się od Chińczyków, reszty Azjatów i Latynosów. Na każdej stacji do metra wsiadało mniej więcej tyle samo kibiców Brazylii co Francji… Nie, nie było obrazków rodem z meczów Legia – Lech. Kibice co prawda grupowali się w przeciwnych częściach wagonów i licytowali się na okrzyki: „Vive la France! Alleez le bleu! Zidane!! !” kontra „Brasil vamos campeon! Canarrinhos! Ronaldo!!” W pewnej chwili do grupy Francuzów podeszła Brazylijka z prośbą
o wytłumaczenie jej, jak dojechać w określone miejsce Paryża. Została potraktowana
z najwyższą atencją, nawet serdecznie… 

W pewnym momencie na stację metra wjeżdża pociąg, a przed nim grupa kibiców
w żółtych koszulkach. „Uuuu” – wyje syrena. Entuzjazm pasażerów. „Uuuuu” -gasi ich syrena tonem o wiele niższym „Ueeee….” – odpowiadają kibice brazylijscy. Gdyby organizowano konkurs „śmiechu warte” w kategorii dźwięku, ten plastyczny obrazek wygrałby w cuglach…

Whiskacz ze Szwedami

Na finałowy mecz docieramy z blisko półgodzinnym opóźnieniem. Nie widzimy zatem bramki Zidane na 1:0.

Na stadionie „Stade de France” w dzielnicy Saint Denis mecz może obejrzeć jedynie dziewięćdziesiąt tysięcy ludzi, a bilety są wyprzedane już od lutego. Decydujemy się zatem obejrzeć finał tam, gdzie mecz o trzecie miejsce – na Trocadero w pobliżu wieży Eiffla. Nie przewidzieliśmy jednego: że to miejsce, jak wiele innych w Paryżu, gdzie wystawiono telebimy, będzie zapełnione ludźmi po brzegi… Z trudem docieramy na Trocadero, a pierwszą bramkę Francuzów oglądamy w… telewizorze, wystawionym w oknie jakiejś knajpy. Gdy docieramy w końcu na miejsce, plac wypełniony jest dziewięcioma tysiącami ludzi.

Gdy dochodzimy na Trocadero, nie ma już gdzie się wcisnąć. Wybieramy kilkunastometrowy słup, po którym wdrapuję się niczym Murzynek Bambo. Wytrzymuję góra piętnaście minut, ale jeszcze widzę, jak Zidane po raz drugi pogrąża Brazylię. Przerwa. Francuzi szaleją ze szczęścia. Robert znika mi z pola widzenia. Siadamy zmęczeni tuż przy fontannach vivs a vis wieży Eiffla Tam pozostajemy do końca. O Polish wodka – zaczepia nas dwóch na pierwszy rzut oka Francuzów. Alpejskiej, której zostało nam może ze dwie setki wystarczy i dla was, próbujemy zagadać. No wodka, słyszę odpowiedź przybyszy. Okazują się być nimi Szwedzi. Mówię im zatem od razu Champion is Tonny Rickardsson. To stwierdzenie porusza ich do głębi. Trafiłem w sedno. Obok futbolu kochają także speedway. Ściskamy się nawzajem. Francja Champions i Rickardsson Champions. W porywie wylewnych uniesień wyciągają whiskacza. Sączymy go prawie do dna. Jest O.K. Naprzeciw częstują się trawką. My dziękujemy. 

Zizou strzela drugą bramkę i publiczność ogarnia amok. Gdy mecz się kończy, Petit strzela trzecią bramkę. Pamiętam tylko, jak oczarowana publiczność zaczęła nucić Marsyliankę. 

Tylko cztery gwiazdy

Koniec meczu. Ole champeon,.. Zizou president… Vive la France… dźwięki mieszają się wokół nas, tworząc plastyczny spektakl. 

A później tradycyjna kąpiel w fontannach, pełnia szczęścia. Musimy iść na Champs Elysees, po prostu nie wypada inaczej… 

Francja przeżywa delirium. A kibice brazylijscy? „Nad godłem Brazylii są cztery gwiazdy, a nie pięć” – tłumaczy mi w metrze Brazylijczyk… (Brazylia jest czterokrotnym Mistrzem Świata).

Ostatnie metro w Paryżu

Mały skok na Champs Elysees i musimy wracać do domu. Metro kursuje tylko do 1.00. Wybieramy drogę przez centrum Paryża. W ostatniej chwili decyduję jednak, że łatwiej nam będzie dojechać troszeczkę inną drogą. Sprintem w tunelu obiegamy tory. Pociąg wjeżdża na stację. Jeszcze tylko skok przez barierki i jesteśmy u celu. Krótka refleksja. Gdzie jest Robert. Ktoś trzyma drzwi uniemożliwiając odjazd pociągu. Robert stoi nad przegrodą. Nie umiem woła rozpaczliwym głosem. Barierka nie ma więcej jak 130 cm wysokości. K… wolałem chyba nieźle, bo poskutkowało. Wdrapał się w ostatniej chwili. Jadąc już żartowałem, że to kolejny życiowy rekord, tym razem w skoku wzwyż. 

Facet, który kurczowo uniemożliwiał zamknięcie drzwi, okazał się być Bułgarem, dość dobrze radzącym sobie z językami słowiańskimi. 

Bułgarzy odpadli, bo mieli za starą drużynę. Kibicowałem zatem Brazylii. No i co ci
z tego wyszło – żartowałem z sympatycznego Bułgara. Ja byłem od początku za Francją. Trzeba troszeczkę kumać czaczę w futbolu. 

W poniedziałek rano opuszczamy Paryż. Pada deszcz. Niektórzy żartują, iż to płacze Brazylia. Robert żałuje, bo a dwa dni Jean Michel Jarre daje koncert na Polach Marsowych. 

Mówię: nie martw się, za cztery lata Mistrzostwa w Japonii …

Tak, wmawiam sobie. Takiej eskapady w życiu chyba nie miałem!

© Copyright 2024