Poznałem go w pierwszej połowie lat 80. Pojawił się niczym meteor w meczu sparingowym z Pogonią Szczecin. Tak, Polonia Piła grała także w test meczach z pierwszoligowcami.
Ten był wyjątkowy. Pamiętam jak Puma czyt. Zbyszek Krzoska, próbował dotrzymać kroku niezwykle szybkiemu Turowskiemu, a strzały m.in. Adama Kęsego w niewiarygodny bronił właśnie Cezary Łysanowicz.
W pilskiej piłce nie świętował wielkich sukcesów, za to w speedwayu, a jakże. Nieco wcześniej przykuła jego uwagę sposobność bycia w Kole Łowieckim Tarcza. Powodzeń na tym polu, wliczając wiele różnych tytułów – wielokrotnie stawał na podium w zawodach strzeleckich (np. II Rycerz w 2014 r.) – zajmował wysokie lokaty w strzelaniach do tarczy brackiej oraz m.in. został odznaczony m.in. Krzyżem Oficerskim Zjednoczenia KBS RP.
Ale jak to w życiu, a przede wszystkim w sporcie, bywa, Cezary w swej koronnej dyscyplinie poniósł – do czego się przyznaje bez bicia – porażkę.
Pisząc koronnej mam na myśli speedway.
– Jestem dumny z tego, że coś jednak zrobiłem dla miasta i sportu w Pile – mówi mi Cezar – gdyż krótko, bo krótko, ale w światku żużlowym było głośno o Polonii.
Za jego prezesury w pilskim klubie ścigali się bracia Pawliccy, na torze brylował m.in Andrzej Korolew, Max Dilger, Jason Doyle. Punktem szczególnym wyznaje się Cezar, było skłonienie do pomocy Senatora Henryka Stokłosy, stad też w nazwie klubu pojawiło się jego nazwisko. To był piękny sezon żużlowej Polonii.
Po tym roku pełnym sukcesów Polonia, nad czym ubolewa Łysanowicz, nie wystartowała w kolejnych rozgrywkach I ligi, głównie z powodów finansowych.
Sam Cezar wyjechał w Hiszpanii i słuch w polskim światu sportowym zaginął.
Pamiętamy go jednak z czasów piłkarskiej i głównie żużlowej Polonii czy Bractwa Kurkowego.
